poniedziałek, 23 lutego 2015

Przedwiośnie

Nie jestem zwolenniczką przywoływania kolejnych pór roku, uważam że na każdą przyjdzie kolej. No ale nawet ja nie mogę się oprzeć i jak do mieszkania coraz częściej i na coraz dłużej zaglądają promienie słoneczne, muszę to wykorzystać :) najbardziej pragmatycznym podejściem było...umycie okien. A potem, kiedy nic już nie zatrzymywało światła, patrzałam jak zmienia się wnętrze, jak barwy zyskują na intensywności, robi się cieplej i przyjemniej.






Luty to także początek różnorakich uroczystości, zaczyna się od urodzin męża, a potem aż do października nie ma w sumie miesiąca bez rodzinnego spotkania. Tym razem było jeszcze weselej, jeszcze gwarniej i jeszcze ludniej. Dojechało szwagrostwo z prawie rocznymi  bliźniakami, więc jedyne na co nie narzekaliśmy, to cisza :)

Oczywiście z tej okazji nie mogło zabraknąć słodkości: malinowych babeczek i prawie sernika ( prawie- bo ja nie przepadam, ale mąż tak. Więc kompromisem jest ciasto zwane Styropian :) )






Przedwiośnie to także stan ducha :) ale o tym następnym razem.
Dobrej nocy :)

czwartek, 12 lutego 2015

Zupa cebulowa

Mamy w domu kilka zup, które robione są "na okrągło": rosół, pomidorówka, krupnik. Do tego w zasadzie co sobotę pojawia się zupa robiona przez męża, która całkiem nieoczekiwanie stała się największym przysmakiem Julki- zupa turecka, z jogurtem i miętą. Po prostu nie rozumiemy fenomenu tej prostej zupy :) No i jest jeszcze zupa cebulowa. Robiona swego czasu wg wielu przepisów, z różnymi dodatkami. A teraz w sposób najprostszy, z kilku dobrych składników. Ale z dodatkiem pomidorów. To przypadkowe odkrycie, kiedyś musiałam jakoś spożytkować pół puszki pomidorów. Dodałam, doprawiłam,podałam. Smakowało baaardzo :) więc zostało. Zazwyczaj w towarzystwie serowej grzanki, tym razem jednak świeża bagietka wygrała jako dodatek. 



miłego wieczoru :)

mały update na życzenie Agness- przepis na zupę. Jest on w stylu "ulubionym" przez moją siostrę, czyli w stylu ' na oko' :) Z podanych porcji wychodzi ok. 1.5 l aromatycznej i gęstej zupki.

zupa cebulowa z pomidorami

5-6 większych cebul
czosnek
masło
szklanka białego wytrawnego wina
ocet winny
mąka, tymianek, sól
bulion warzywny lub drobiowy

Robienie zupy zaczynamy od nalania wina do szklanki, będzie ono potrzebne kucharce w tak zwanym międzyczasie do popijania :) a potem w głębokim garnku zaczynamy rozpuszczać masło, a w tym samym czasie siekamy cebulę. Ja wolę ją posiekać drobniej, ale są i tacy, którzy wolą pokrojoną w piórka. Cebulę wrzucam na masło i podsmażam, aż się zeszkli. Wtedy dorzucam czosnek, zazwyczaj 3-4 większe ząbki. Bardzo lubię czosnek :) jak rozniesie się zapach cebulowo-czosnkowy podsypuję tymiankiem i mieszam. I ponownie czekam na zapach. Dosypuję mąkę i lekko przesmażam. Dolewam białe wino- ile zostało, około 1 łyżkę stołową białego octu winnego i duszę całość 3-4 minuty.  Potem uzupełniam całość puszką pomidorów i bulionem. Znowu na oko, tak żeby zupa nie zrobiła się za rzadka. I siadam sobie w kuchni, czytam gazetę, a zupka sobie "dochodzi".  Sprawdzam na smak i dodaję a to soli, a to cukru łyżeczkę albo pieprzu.
A dodatkiem są serowe grzanki lub świeża bagietka.

Bardzo smaczna jest również czerwona zupa cebulowa- z czerwonej cebuli i takimi winami. Ale wtedy grzanki serowe muszą też pasować, więc już nie zwykły żólty ser, ale jakiś niebieski pleśniowy :)

Smacznego :)

niedziela, 8 lutego 2015

Poweekendowo

Zasypało nas dzisiaj. Jeszcze późno w nocy nic nie zapowiadało tego, że rano wszędzie będzie tak biało :) w dodatku sypało, zawiewało aż do 11.00, także nasze cotygodniowe wyjście na basen opóźniło się, bo czekaliśmy na przerwę w zamieci. A popołudnie już słoneczne było, udało się wyjść na sanki, Julka miała frajdę wchodząc z sankami na okoliczne górki, a potem znajdując swoje własne miejsca do zjeżdżania. Zmarzły nam stopy, ręce i nosy. Dobrze, że w domu czekało już na nas wyrośnięte ciasto na pizzę, to chwila moment i można było zajadać smakowite kawałeczki i popijać je pomarańczowo-rozmarynową herbatką :)


Z tą pizzą to taka historia, że...szykowałam się do jej robienia od lat. Kiedyś zrobiłam, ale wyszła taka sobie no i odpuściłam. Ale że ostatnio mam dobra kulinarną passę, to spróbowałam i tego. I wyszło super. Na tyle dobrze, że drugi weekend z rzędu kuchnia staje się domową pizzerią wydająca pizzę w różnych smakach. Dzisiaj: trzy sery, szpinak z jajkiem, z pieczarkami i mięsna :) Uczta dla podniebienia. Ale za tydzień chyba już coś innego wyląduje na stole, żeby nie przedobrzyć ;)



Weekend to również więcej czasu na zewnątrz, Dzień jest coraz dłuższy, można więc pokorzystać :) oczywiście tradycyjnie weekendowe spacery to w większości okolice naszego jeziora. Julka musiała sprawdzić, czy naprawdę woda zamarzła, jeśli tak- jak bardzo. Zobaczyła też lokalnego morsa- pewien pan, nie zważając na mróz, kąpał się w jeziorze, a potem zrobił małą przebieżkę. Obie byłyśmy pod wrażeniem :)




a z wczorajszego wypadu do figloparku mamy zdjęcia, które Julka sobie zazyczyła na puzzle. Ale jak to zrobić, skoro na puzzle wybrała zdjęcie miliona piłek i gdzieś wśród nich widoczny ledwie jej nos? :)



dobrego tygodnia dla wszystkich :)

środa, 4 lutego 2015

gdzie jest styczeń i najbardziej luksusowe miejsce świata

No właśnie, gdzie jest styczeń...? Co roku w okolicach Świąt Bożego Narodzenia odbywamy w rodzinie tradycyjną rozmowę pt "jak ten czas leci..". I zawsze padało stwierdzenie, że styczeń się będzie ciągnął, ale jakoś przeleci, a potem to już od jednego wydarzenia do drugiego i będzie maj. Byle przetrwać te pierwsze tygodnie.No ale w tym roku czuję się, jakby ktoś mi ukradł miesiąc...ledwo się zaczął, ledwo zaczęłam planować, co muszę w styczniu zrobić, a tu...luty. Jak?kiedy?? Część zadań styczniowych została wykonana ( to już następny post), a część została więc przesunięta na luty.

a to największe moje pasje w jednym: fotografia,góry,czytanie,gotowanie, góry i wieś :) 


w okolicach Świąt też, aż do połowy stycznia przestawiam się na leniuchowanie wieczorne. Od lat tradycyjnie nasza kanapa zamienia się w leżankę: pozbawiona ikeowskich  poduch robiących za oparcie, wyłożona mniejszymi poduszkami, takimi akurat pod głowę, kocami- wtedy nasza kanapa staje się na kilka tygodni absolutnym centrum rodzinnym. W tygodniu służy ona głównie do leżakowania mojego i Julki, czytania ksiażeczek,opowiadania sobie co się działo w ciągu dnia. W weekendy okupacja leżanki zaczyna się od rana: najpierw ja z kawą i książką, po śniadaniu J pakuje się pod koc i żąda jakiejś bajki, a potem w ciągu dnia mąż się wpakuje na drzemkę, a i tak  wszyscy działają wg zasady "kto pierwszy,ten lepszy". Cała ta akcja trwa do połowy stycznia, kiedy wieczór nadchodzi szybko, jest zimno, refleksycjnie. Ale z każdym dniem jest coraz jaśniej, coraz więcej energii się pojawia i zaczyna mnie "nosić", a mąż tylko patrzy i czeka aż powiem " wiesz, mam taki pomysł na wyjazd..." :)






Ale tak sobie też myślę,że przez te kilka tygodni ta niepozorna kanapowa leżanka staję się najbardziej luksusowym miejscem świata. Wcale nie żartuję ! Kiedy poduszki poukładane są idealnie, kiedy  przyjęta pozycja jest tą najlepszą z możliwych, kiedy pod ręką jest kawa i ukochane paluszki, kiedy gdzieś tam w tle słychać spokojny głos Marcina Kydryńskiego i jego "Siesta", a ja czytam świetną książkę, kiedy jest cisza i spokój....wtedy nie zamieniłabym tego miejsca nigdy w życiu na nic innego.
Macie takie miejsca? niekoniecznie na okres zimowy? :)
Ja mam ich w zanadrzu jeszcze kilka :)